




Kawa po Irlandzku
Czasem miłość przychodzi powoli, a czasem spada jak grom z jasnego nieba. Bywa, że potrzeba długich tygodni, aby znaleźć nić porozumienia, a czasem jedno przypadkowe spotkanie z kubkiem kawy w tle potrafi wywrócić życie do góry nogami.
Julek, a właściwie Julian Rodhe, od zawsze nienawidził wszelkich zmian. Jego życie było monotonne, poukładane i tak by pewnie zostało, gdyby nie przykry incydent, obok którego nie mógł przejść obojętnie. Spakował więc swoje rzeczy i ruszył w nieznane. Na nowo odżyły w nim dawne marzenia i w nowym miejscu znalazł coś, czego nigdy by się nie spodziewał. Wystarczył telefon do starego przyjaciela, roztrzepany małolat z wielkimi marzeniami i chroniczne uzależnienie od kawy.
Moodboard
Zobacz klimat książki









Fragmenty
Moje życie było nudne, ale uporządkowane. Co najważniejsze, byłem niezależny. Mogłem wyjść, kiedy chciałem i robić, co tylko żywnie mi się podobało. Dziwnie było myśleć o tym, że zaraz skoczę na piwo, nie wiem, o której wrócę, a nikt nie będzie mi suszył o to głowy. Mogę przyjść wstawiony o trzeciej nad ranem i nie usłyszę ani słowa na ten temat. Nie mam od kogo. Na tę myśl serce ścisnęło mi się nieprzyjemnie. Miałem dwadzieścia sześć lat i zaczynałem od zera. Bez bagażu. Bez znajomych. Bez rodziny. Przynajmniej na razie. Kiedyś im przejdzie.
Ktoś, na szczęście, wpadł na genialny pomysł zrobienia karaoke. Minęło kilka kawałków lepiej lub gorzej odśpiewanych, zanim odważyłem się wybrać numer dla siebie. Muzyka od zawsze była moją odskocznią. Zacząłem śpiewać, powoli wczuwając się w piosenkę. Te momenty, w których mogłem po prostu oddać się na łaskę muzyki i świat zaczynał lecieć mi przez palce, jak tylko rozbrzmiewały pierwsze dźwięki, stanowiły mój mały grzeszek, popełniany od czasu do czasu. Na co dzień, choć może wydawać się to dziwne, stroniłem od muzyki. Przypominała mi to, czego pamiętać zdecydowanie nie chciałem i budziła stare pragnienia, za którymi nigdy nie odważę się pójść.
Muzyka jednak rozbrzmiała, ale nie taka, jakiej się spodziewałem. Prędzej spodziewałbym się, że ulegnę pokusie i włączę coś niż tego, że w niedzielne popołudnie ni z tego, ni z owego, zadzwoni do mnie nieznany numer. Niechętnie odebrałem połączenie i usłyszałem ten jeden głos, którego zdecydowanie nie miałam ochoty słuchać.
– Cześć Julian – zagadnął. – Tu Remik. Masz może wolną chwilę?
– Skąd w ogóle masz mój numer? – zamarudziłem w odpowiedzi.
– Od chłopaków, a skąd? Słuchaj, mam twoją czapkę, szalik i portfel. Zostawiłeś wczoraj u nich. Ciesz się, że nie wpadłeś na kanarów w drodze do domu.
– Czemu ty to masz? – zapytałem nieco zdezorientowany, ale przede wszystkim wściekły na siebie, że udało mi się zapomnieć tak ważnych rzeczy.
– Bo mieszkam blisko, więc mnie poprosili, żebym ci to oddał. No więc masz chwilę? – powtórzył zniecierpliwiony.
– Mam. Gdzie mogę to odebrać? – westchnąłem, przecierając twarz dłonią.
– No, tu jest właśnie jeden szkopuł. Masz może auto? – Usłyszałem i od razu jęknąłem pod nosem.
– Mam, a o co chodzi? – powiedziałem powoli, ledwo powstrzymując się od zgrzytnięcia zębami.
– Widzisz, jestem na Pradze i nie bardzo mam jak wrócić. Bardzo chętnie oddałbym ci twoje rzeczy, gdybym miał jak dotrzeć do domu. Chcesz może być tak miły i podskoczyć po mnie? – spytał przymilnie, a we mnie się zagotowało.
– Czy ja ci wyglądam na taksówkę? – sapnąłem.
– Nie. Gdybym miał inne wyjście, to bym cię w ogóle nie prosił – rzucił markotnie i było w tym coś takiego, co kazało mi ulec. Przecież i tak nie miałem nic do roboty. Pieprzony Remik. Coś czuję, że to stanie się niedługo moją mantrą.
– Podaj adres, podjadę – poddałem się.
– Naprawdę? – zapytał wyraźnie osłupiały.
– Nie, na niby. Podaj ten adres – powiedziałem z ironią w głosie i czekałem aż się pozbiera.
– Myślałem, że każesz mi spadać na drzewo – dalej brnął, niedowierzając.
– No to jest nas dwóch – mruknąłem pod nosem, po czym dodałem głośniej. – Kończy mi się cierpliwość. Mów, gdzie mam być.
– Wiesz, gdzie jest szpital Grochowski? – wymamrotał, nie wiedzieć czemu, zawstydzony.
– Znajdę. Bądź pod telefonem. Zadzwonię na ten numer, jak będę w pobliżu – poinstruowałem go.
– Jasne, dziękuję – rzucił bardzo cicho, po czym zakończył połączenie.
– Dalej flirtujesz przez poranną kawę? – Przygryzł wargę i modliłem się, żeby nie został tak długo, ponieważ wyglądał zbyt kusząco. Co się ze mną dzieje? Od kiedy mam w sobie takie pokłady energii i chęci do flirtu? Chyba zadziałała taktyka mojego nowego przyjaciela, który wciąż próbował mnie zmusić do jakiejkolwiek randki.
– Taak – przeciągnąłem powoli i popatrzyłem się na niego przymrużywszy oczy. – To wszystko przez tę kawę.
– Czyli muszę częściej ci ją robić – powiedział, starając się utrzymać spojrzenie, choć widać było, że robi to z niewielkim trudem. Modliłem się w duchu, żebym go nie odstraszył tym wszystkim.
– W takim razie będę musiał w ramach zadośćuczynienia zabrać cię kiedyś na porządną kawę albo co wieczór przynosić ci tę lurę. – Posłałem mu półuśmieszek. Atmosfera powoli gęstniała, a ja zdawałem sobie sprawę, że nie mam już odwrotu, więc żeby jakoś to złagodzić, dorzuciłem ciszej. – Oczywiście nie zmuszam.
– Mówisz, że znasz dobrą kawiarnię? – rzucił niby od niechcenia, ale widać było, że nad czymś się usilnie zastanawia. Oby nie nad sposobem na spławienie mnie.
– Nie znam, ale znajdę. A jak nie znajdę to sam zrobię – odpowiedziałem luźno, żeby nie pogarszać sytuacji.
– Ho, ho. Ledwo się poznaliśmy, a ty już mnie zapraszasz do siebie? – Uśmiechnął się sugestywnie, a mi zdecydowanie podobał się jego tok myślenia, choć postanowiłem się z nim nieco podroczyć.
– Powiedziałem, że zrobię, a nie, że zapraszam. Równie dobrze mogę ją tu przynieść – wytknąłem mu, śmiejąc się przy okazji z jego szybko rzednącej miny, po czym dodałem prędko. – Ale zaprosić też mogę, choć z góry ostrzegam, że istnieje duża szansa na to, że w połowie wprosi się Remik i będzie nawijał za czworo.
– Ten tancerz? – Skinąłem głową, nie chcąc się nad tym rozwodzić. – Jesteście naprawdę blisko.
– Nie mogę się zdecydować czy go nie znoszę czy uwielbiam – zaśmiałem się ostatecznie. – Od kiedy przeprowadziłem się do Warszawy jest swego rodzaju przyjacielem, w sumie jedynym, którego regularnie widzę, ale mieszka blisko i razem trenujemy, więc nie mam wyjścia.
On tworzy światy za kulisami, on na nich występuje, lecz dopiero razem uczą się, jak wygląda życie bez masek.
